Recenzja: Mirai Nikki
Mirai Nikki
■■■■■■■■■■
8
Gatunek
thriller psychologiczny Producent FUNimation
Rok emisji
2011 (TV) / 2013 (OVA)
Ilość odcinków
26 (TV ) / 1 (OVA)
Długość odcinka
24min (TV) / 30min (OVA) Fabuła ■■■■■■■■■■ 8/10 Postacie ■■■■■■■■■■ 7/10 Grafika ■■■■■■■■■■ 8/10 Muzyka ■■■■■■■■■■ 7/10 |
Deus, obecnie panujący władca, jest u schyłku swojego życia. Świat potrzebuje nowego boga by mógł istnieć. By go wytypować, zapada decyzja by zorganizować turniej. Dwunastu mniej lub bardziej losowych osób otrzymuje pamiętniki, które mają moc przewidywania przyszłości, każdy na swój, odpowiedni dla ich właściciela, sposób. Są one ich bronią, albowiem wkrótce rozegra się śmiertelny pojedynek i tylko ostatnia osoba która ujdzie z życiem stanie się nowym bogiem. Amano Yukiteru jest jednym z wybrańców. Pech chciał, że jest on tylko zwykłym zakompleksionym nastolatkiem, który ma trudność z zawieraniem znajomości, a co dopiero z zabijaniem ludzi. Szczęśliwie lub nie po jego stronie staje druga uczestniczka turnieju - Gasai Yuno, dotychczas tajemniczy stalker, który twierdzi że bezgranicznie kocha naszego bohatera i chce go chronić. Czy jednak może on jej zaufać? I czy we dwoje poradzą sobie w wojnie, w której zwycięzca może być tylko jeden?...
Fabuła Mirai Nikki jest podzielona na dwie części. Pierwsza skupia się na przebiegu turnieju, druga na jego konsekwencjach. Każdą z nich w zasadzie należy oceniać osobno, nawet jeśli ta ostatnia liczy tylko kilka odcinków. Sam turniej przypomina dość mocno coś co mogliśmy obserwować w Fate/Zero. Nie jest to powtórka z rozrywki, co raczej użycie podobnego schematu. Śledzenie losów dwójki bohaterów jest strasznie wciągające, pełne zaskoczeń i zwrotów akcji. Pojedynki pomiędzy posiadaczami pamiętników to cała gama soczystych walk, zarówno psychologicznych jak i tych fizycznych, przez co niewątpliwie miło śledzi się ich przebieg. Mam pewne zarzuty co do zachowania niektórych postaci w pewnych miejscach, w których nie jest ono zbyt wiarygodne. Można odnieść wrażenie, że twórcy celowo nagięli ich postępowanie tylko po to by móc dalej prowadzić swoją linię fabuły. Nie jest to coś co całkowicie rujnuje przyjemność z oglądania, ale gdy analogiczna sytuacja dzieje się drugi raz pod rząd, trudno to przełknąć bez mrugnięcia okiem. Druga część, jak można było się spodziewać, jest bardziej poplątana i skomplikowana niż było to komukolwiek do szczęścia potrzebne. Wydaje mi się, że celem jaki chcieli osiągnąć twórcy było stworzenie zarówno wiarygodnego, sensownego i nieszablonowego zakończenia, co w praktyce wyszło dość dziwnie. OVA Redial, wydana 2 lata po premierze serii, a którą ja oglądałem bezpośrednio po ostatnim odcinku, jest w pewnym sensie uzupełnieniem i tworzy coś w stylu bardziej satysfakcjonującego, ale za to jeszcze bardziej naciąganego końca. Ja mimo wszystko wezmę z. Postacie których losy śledzimy w tej serii są trudne do oceny, a dlatego że stanowią dość mieszany poziom. Główny bohater cierpi na kompleks Shirou, jest słaby, niewinny i nie potrafi nic zrobić bez pomocy innych. Ostatecznie nawet on ma swoje momenty, jednak z całą pewnością nie ma na tyle silnej osobowości, by ktokolwiek mógł go na dłużej zapamiętać. Co innego można powiedzieć o Gasai Yuno. Twórcy najwyraźniej stwierdzili, że stereotyp yandere nie jest wystarczająco mocno wykorzystany w anime, więc postanowili stworzyć coś co będzie jego kwintesencją. Yuno jest personifikacją idei yandere i już samo to czyni ją wyjątkową. Jej zachowanie, jej myśli i przede wszystkim jej czyny, przez całą jej osobowość przemawia wyłącznie jej yanderowatość. Ma to swoje dobre i złe strony - z jednej czegoś takiego nie byliśmy jeszcze w stanie doświadczyć, z drugiej to w sumie po pewnym czasie staje się zbyt przewidywalna i jednowymiarowa, co twórcy niejako próbują wynagrodzić uzbrajając ją w ciekawe backstory i swoje tajemnice, które trzyma ze sobą aż do końca. Pozostałe postacie reprezentują różne typy osobowości, ale łączy je jedno - w zasadzie prawie każdy z nich prędzej czy później chce zabić głównego bohatera. Na plus mogę zaliczyć serii, że nie ma w niej jednego złego, tu wszyscy są źli, a wynika to w końcu z samej natury turnieju w jakim uczestniczą. Nietrudno się domyślić, że w rezultacie może, a nawet musi to prowadzić do tragicznego dylematu. Wizualnie Mirai Nikki prezentuje się bardzo dobrze. Nie jest to może poziom Fate, nawet jeśli Yuki w pewnym momencie wygląda jak Kiritsugu, ale na pewno nie jest źle. To czego można się czepiać to efekty specjalne, a raczej ich brak. W pewnym momencie dochodzi do wysadzenia pewnego dużego budynku i muszę ze smutkiem przyznać, że eksplozja ta była równie wiarygodna jak wybuchy w World Trade Center po rzekomym ataku terrorystycznym... W kwestii muzyki nie mam dużo do powiedzenia, a to dlatego że praktycznie nie zwracałem na nią uwagi. Openingi reprezentują średni poziom klasy średniej, nie są złe, ale nie mają nic co za nimi przemawia, podobnie jest z endingami. Podsumowując, Fate/Zero jest w każdym możliwym aspekcie lepszym anime, co nie znaczy że Mirai Nikki to pozycja całkowicie niewarta uwagi. Być może pech chciał, że w czasie gdy je oglądałem znałem już jego lepszy odpowiednik. Być może ma to związek z tym, że nie jestem fanem przesadnie wydumanych i przeciąganych zakończeń. W każdym razie, jeśli zamierzasz obejrzeć Mirai Nikki, a nie widziałeś jeszcze Fate... Ach, nie stracę. Obejrzyj oba. |

0 komentarze:
Prześlij komentarz